| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
czyli blog nieco coolinarny.
RSS
wtorek, 03 czerwca 2008
Urlop niestety

Przymusowy niestety. I do tego niestety bezpłatny... I niestety zgodnie z prawem.  Niestety aż dwutygodniowy. Ale dobrze troche czasem poleniuchować no i na szczescie Wielka Brytania ma tę zaletę, że można w miare łatwo i szybko znaleźć jakieś płatne zajęcie. Agencji cateringowych w samym Londynie to chyba są miliony, zarejestrowałem się w dwóch i po tygodniu błogiego nicnierobienia trzeba było zakasać rękawy i przypomnieć sobie jak to się pracuje.

I tak wylądowałem w restauracji w centrum. Największe zdziwienie ogarnęło mnie na samym początku dnia kiedy się okazało że nie ma wśród załogi ani jednej osoby z Polski- to aż niewiarygodne. Wiele doświadczenia nowego to raczej tam nie nabędę ale... nie ma co grymasić, trzeba myśleć o przyziemnych sprawach takich jak płynnosć finansowa.

Szczerze mówiąc myślami to ja już jestem na stadionach Austrii i Szwajcarii. Kobiety mojego życia jadą do Polski na dwa tygodnie, także czeka mnie parę samczych wieczorów z piwem i emocjami. Zastanawiam się tylko gdzie i jak oglądać mecze. Samemu w domu przed TV ( mecze są w niekodowanych programach... ) czy też w pubie/klubie?   Wszystko ma swoje plusy i minusy- w domu taniej i spokojniej i można bardziej się skupić ale jakby mniej emocji. Publiczne miejsce... hmm...  Nie ma to jak patriotyczna atmosfera aczkolwiek z poprzednich futbolowych wypadów w miasto mam raczej niespecjalne wspomnienia. W obleganych przez Polaków miejscach nie zawsze jest... miło. Część rodaków w "te dni" potwierdza te negatywne opinie o Nas, Polakach; a z kolei angielskie puby i ich bywalcy nie zawsze chcą się jednoczyć z Polakami. Zresztą- londyńczycy dali popis w ostatnią sobotę maja. Nowy burmistrz Boris Johnson wprowadził zakaz konsumpcji alkoholu w środkach komunikacji miejskiej. Zakaz wszedł w życie z dniem 1go czerwca, a Londyn w noc poprzedzającą pokazał co myśli  tej decyzji, przeprowadzając akcję nazwaną Buck Foris, polegającą na imprezowaniu. Tłumy pijanych mniej lub bardziej ludzi oblegało stacje i pociągi metra. Dla niektórych nie skończyło się to dobrze. Jak to skomentowała w prasie uczestniczka- "nie wiem jak to jest z Brytyjczykami, ale zawsze tam gdzie jest alkohol i tłum muszą być ofiary" No cóż. Nie była widocznie na dobrym polskim wiejskim weselu...  Ale fakt faktem- alkohol staje sie poważnym problemem, coraz wiecej kampanii przestrzegających przed nadużywaniem i obrazujących opłakane skutki. Ale czy przyniosą jakiś wymierny efekt? Nie sądzę.    

wtorek, 13 maja 2008
Cieplutko

No! Nareszcie pogoda dopisuje! Ciepło, słonecznie, Londyn i jego mieszkanki wypiękniały, wszyscy wydają się zadowoleni. Ja bylem bardzo zadowolony z ostatniego weekendu. Tak się złożyło zacnie że moja córcia kończyła pierwszy roczek swojego życia i świętowanie tegoż wydarzenia mogliśmy przenieść do ogrodu. Oczywiście w ogrodzie oprócz zabawek, piaskownic, baseników solenizantki najważniejszy był grill. To jest genialne urządzenie i chyba nikogo nie trzeba zachęcać do wykorzystywania go w pogodne dni i wieczory. Zachęcam jednak do eksperymentowania z menu. Sam jestem miłośnikiem dobrej, chrrrrupiącej polskiej kiełbasy, ale też zaczynam doceniać i odkrywać inne możliwości. Grillować da sie wszystko. Sekret tkwi w marynacie. Przepisów na nie są setki, ale najwięcej frajdy daje szukanie własnych pomysłów. Możliwości nieograniczone. Urodzinowe menu zawierało wszystko. Co prawda warzywa były tylko  w sałatkach ale następne ogródkowa impreza będzie zdominowana przez grillowane papryki i oberżyny. Planuję zrobić takie grilowane ratatui- zobaczymy co wyjdzie. W niedzielę na pierwszy ruszt poszedł stek z tuńczyka.  Doskonale nadaje się do grillowania ze względu na "zbite" mięso. Nie jest twarde, ale też nie rozpada się i może być grillowany bezpośrednio na ruszcie, aczkolwiek ze względów zdrowotych pnoć lepiej grillować na folii aluminiowej. Nasza rybka przez dwa dni leżała w marynacie którą podpatrzyłem oczywiście w pracy w zeszłym roku. Baza to oliwa (korzystałem z takich aromatycznych-m.in z bazylią) sos sweet chilli, chrzan wasabi, czosnek, starta skórka z limonki i odrobina soku z tejże ( nie za dużo, lepiej skropić po usmażeniu). Szczypiorek, kolendra i imbir. Składniki do miksera i gotowe. Ze względu na moją małą/dużą dziewczynkę nie chciałem robić zbyt pikantnego smaku, ale pamiętam z zeszłego roku że świetne jest także gdy doda się ostrych papryczek.

Drugim rzutem na ruszcie znalazły się  skrzydełka z kurczaka (Ale gwoli ścisłości dodam że polska kiełbasa dobrze ponakłuwana i nacinana już leżała sobie na najwyższej półeczce grilla i rumieniła się powolutku.) Skrzydełka w sobotni wieczór zostały natarte marynatą która sama w sobie jest bardzo prosta. Oliwa, liść laurowy, słodka papryka, pieprz, ziele angielskie i cytryna. Zarówno sok jak i miąższ i skórka- prosta receptura ale intensywny smak.

Kiełbasa też wyszła fenomenalnie. Naprawdę- najważniejsze w grillowaniu to chyba cierpliwość. To ma być relaks a nie fast food. Pozwoliliśmy kiełbaskom odtłuszczać się powoli i rozgrzewać od środka, potem zostały przeniesione na główny ruszt gdzie tylko dopiekliśmy skórkę...

Znajomy poleca i to tez wypróbuję w najbliższym czasie- warto urozmaicić palenisko :) na rozżarzony brykiet można położyć drewno- najlepiej wiśnia, lub też jakieś iglaste gałązki. Ładniej pachnie a i nasze mięsko i warzywa przejdą ładnym aromatem.

A tak w ogóle to najbardziej z całego grillowania w Anglii podoba mi się to że tu nie ma komarów :)

 

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Zawiść strrrraszna rzecz.

Myślałem, że będzie łatwiej. Nie, nie chodzi o pracę w kuchni. Chodzi o relacje... interpersonalne? Międzynarodowe? No nie wiem... Myślałem, że Anglicy są politycznie poprawni, ale oni są po prostu fałszywi i obłudni. Oczywiście, nie wszyscy ale chyba jest to po lenistwie najbardziej rzucająca się cecha narodowa. Nie czuję sie gorszy w związku z tym, że jestem z Polski a ciągle słyszę że powinienem sie tak czuć! Kiedyś bawiło mnie odpowiadanie na docinki, teraz już to mnie tylko męczy i jak każdy powtarzany do znudzenia żart - nie śmieszy. Kiedy pierwszy raz ubrałem wdzianko kucharza i miałem w Hallu obsługiwać klientów, część personelu pogratulowała awansu a część (mniejsza- dzięki Bogu) mało nie zzieleniała z zawiści i wściekłości. Oczywiście próbowali pod maską sympatii i żartu maskować swoje nastawienie. Docinki w stylu: "uwaga, to Polak i ma nóż, odsuńcie się!!" "to Polak- oni na jedzą dziwne rzeczy" lub komentarz "koleżanki" kiedy podszedł pierwszy klient "proszę mówić do mnie; on jest z Polski i nie rozumie po angielsku..."  Nawet podczas przerwy zdarza się, że nie dane mi jest odpocząć od marud. W kantynie stoi od niedawna komputer. Sztuk jeden- chętnych wielu. Od biedy (bo tak jest powolny) można posurfować po necie. Ale już mi się nie chce- ciągle słyszę, że po pierwsze to powinienem stać w kolejce aby  najpierw wszyscy Anglicy w budynku powinni miec mozliwość sprawdzenia poczty, i dopiero potem po Irlandczykach i Australijczykach Polacy mogą na chwilę zajrzeć.Albo lepiej nie bo zepsujemy. Jednemu z (w sumie 3) Polaków pracujacych tam oberwało się po uszach za to że siedząc przy komputerze zajmuje miejsce innym!! Na co odpowiedział spokojnie, że przecież kiedy tamten siedzi przy komputerze to też zajmuje innym miejsce. Argument uciszył niedoszłego internautę. Pewnie zamyślił się głęboko próbując rozwikłać złożność czasoprzestrzeni przykomputerowej :) 

Ech... w parze z obłudą idzie często ignorancja. Tak jak wspomniałem- nie mam kompleksów a muszę znosić to, że próbują się wyżywać na mnie ludzie którzy uważają że cytryna to nie jest owoc tylko... cytryna.  Którzy są zdziwieni że Polak nie dość, że potrafi obsłużyć komputer lub inne urządzenie to jeszcze czasem potrafi naprawić usterkę lub zdiagnozować problem. Dżizas!! Ostatnio musiałem tłumaczyć że jeśli przeglądam portal Gazety.pl to nie znaczy że czytam TYLKO informacje o Polsce. Nie mógł chłopina zrozumieć że po polsku można też czytać o UK czy USA? Przekonałem go, pytając czy jak czyta informacje o Niemcach to po niemiecku musi umieć? I tak naprawde to moja konsternacja jest większa bo nie wiem czy oni są głupi, czy może starają się wmówić mi że to ja głupi jestem czy tylko... to jest kwestia poczucia humoru. Naszą małą zemstą za docinki było ustawienie  google.pl jako strony startowej. Właściwie zemsta wyszła sama kiedy okazało się że nikt z mądrali nie potrafi tego zmienić.

Na szczęście ludzi dobrej woli jest więcej. I całkiem miło jest siaść wspólnie po ciężkim dniu pracy i z butelką lepszego wina lub kilkoma po prostu pogadać. Zdrowie!

sobota, 19 stycznia 2008
festiwalowo

Rok numer 2008 zaczął sie ostro. Nie mówię tylko o smaku chilli którego nie skąpią ostatnio nasi kucharze ale także o imprezach które mają miejsce w naszym zacnym miejscu pracy. Była impreza na cześć nowego master treasera dwie stypy a teraz mamy huczne i sympatyczne ochody 400 lecia Middle Temple.

http://www.middletemple.org.uk/content.asp?PageID=435

 zapraszam wszystkich którzy są w Londynie i nie mają co zrobić z niedzielą.

Jest niepowtarzalna okazja zobaczyc to, czego zwykli zjadacze londyńskiego chleba i  turysci w ciągu roku zobaczyć nie mogą. Inner Temple, ogrody, no i świątynię w której Świętego Gralla szukał Robert Langdon w pewnej powieści... Można zobaczyć pierwowzory Mr.Jekkyl'a i Pana Hyde'a i zrobić sobie zdjęcie w tradycyjnej angielskiej peruce sędziego. Ja już mam- was zapraszam.

piątek, 28 grudnia 2007
Lenię się...

 

Dopadło mnie okropne lenistwo.

Powrót do pracy dopiero siódmego stycznia, właściwie powinienem chyba przejść się do jakiejś agencji pracy, gdyż niestety mój urlop jest niepłatny. Na razie nadrabiam braki i zaległości w kontaktach z familiją, szczególnie z ośmiomiesięczną Matyldą, która widywała ojca czasami raz na trzy dni!! 

Święta udało mi się przetrwać z dala od kuchni, starałem się nie przeszkadzać Edycie i zaowocowało to pysznym bigosem, indykiem na 3 sposoby i świetną rybką.

Wiem, pamietam, przepraszam… obiecałem podać przepis na sos do puddingu, ale niestety nie udało mi się podejrzeć sposobu przyrządzania. Ledwo udało mi się go skosztować - w tym roku wyszedł zdecydowanie za słodki. Dosłownie trzeszczał w zębach od nadmiaru cukru i nawet nie brałem do domu na włąsny użytek.

Pokochałem natomiast brukselkę. Zachodzę w głowę jak mogła mi nie smakować do tej pory? Zdrowa, pożywna, prosta w przygotowaniu. I chyba w przygotowaniu tych zielonych kulek tkwi tajemnica. Nie może być rozgotowana, musi lekko chrupać a gotować ją należy w osolonej i pieprznej wodzie. W kuchni używa się „seasoning-u” czyli soli zmieszanej z białym pieprzem i jeśli seasoningu brukselce się nie pożałuje- odwdzięczy się swoim smakiem.

Kilogramy brukselki serwowaliśmy w ostatnim tygodniu- szła zarówno do świątecznych lunchów jak i do… hmmm… revelersów. Już tłumaczę co to. Przez dwa kolejne wieczory tegoroczni absolwenci prawa zabawiali sędziów – profesorów skeczami, teatrami, piosenkami. Takie tutejsze IGRY. A my karmiliśmy ich niewyszukanie acz treściwie. Puree + sosydże z sosem wołowym i cebulą + brukselka + fasola + piwo.

Sosydże – to tutejsza kiełbasa. O niej również chyba każdy w Polsce słyszał legendy. Uwierzcie- może być smaczna. Co prawda cumberland nawet od dobrego dostawcy nie może równać się ze śląską, toruńską, wiejską czy krakowską ale ma swój brytyjsku urok i smak.

Mama zawsze powtarzała, że to bardzo nie ładnie bawić się jedzeniem. A ja mam dowód że to nie prawda- zobaczcie jak ładnie:

http://www.darkroastedblend.com/2007/11/strange-food-special.html

 

 

 

 

poniedziałek, 24 grudnia 2007
wszystkim czytelnikom:

 

zdrowych wesolych apetycznych

czwartek, 06 grudnia 2007
Przybytek

- Kochanie, masz ochote na sex?

- Nieeee... głowa mnie boli,zadne tabletki nie pomagaja...

- To przyłóż sobie przybytek

- Coooo???!

- Przybytek. Mamusia zawsze mówiła że od przybytku głowa nie boli!

Tjaaaa... od przybytku nie boli głowa tylko żołądek. Kucharz nie szewc- kucharz głodny nie chodzi. I chociaż ostatnio do kucharza w sensie karyjery dalej mi niż bliżej, na głód nie narzekam. Raczej na przesyt dobrobytu. Nawet mojej Edycie, która jest bardzo rybnożerna zbrzydł już łosoś i kurczaki na sto sposobów. Tak jak kiedyś objadałem się i musiałem skosztować każdej potrawy  tak teraz ograniczam sie do przekąsek albo teg co wiem że jest świetne- na przykład do moich root veg. Bywa i tak, że po 14 godzinach pracy w kuchni wracam do domu i jedyne o czym marzę to chrupiąca bagietka z masłem i salami z Sainsburego.... I właśnie się taką zajadam, popijając Tyskim.  

 

 

wtorek, 04 grudnia 2007
hary porter

Obiecałem sobie że bedę pisał często. Jak najczęściej. Proza życia i rutyna niweczy większość moich planów, więc bardzo się cieszę że jestem tu znowu. Mam nadzieję,że Ci którzy tu zaglądają zaczną komentować moje wpisy i popisy. Będę miał dodatkową motywację do pisania.

Wspominałem na początku że w Temple kręcono część scen do Harrego Pottera. Nawet premiera (?)części była u nas. Ale o innych magikach chcę dziś napisać.

Kitchen porter, zmywak, garaż,pomywacz... jak zwał tak zwał. Wśród Polaków i w kraju nad Tamizą i nad Wisła kojarzy się nieciekawie- Pierwsza praca, mgr na zmywaku, praca dla nierobów i debili.

Ponoć przed najazdem polskojęzycznych turystów zarobkowych i pierwszej fali emigracji na "zmywakach" w UK pracowali czarni albo niepełnosprawni mentalnie.  Domyślam sie że to prawda gdyż w kraju szybkiej kariery i możliwości wielu tych upośledzonych psychicznie zdołało zostać szefami kuchni...

SZACUNEK DLA KITCHEN PORTERÓW!!

Jest to trudna, ciężka praca i wbrew pozorom nie dla idiotów. Jeśli komuś wydaje się że jest za dobry na takie stanowisko... powinien spróbować. Niezłe wyzwanie. Zaczynasz pierwszy -kończysz ostatni, zawsze możesz dostać po uszach od byle kuchcika za to  że nie zdążyłes umyć rondelka na czas podczas serwisu a od head chefa  że nie ma papierowych ręczników. W restauracjach- jak jest chwila spokoju to kucharz zawsze znajdzie jakieś zajęcie dla portera- a to szorowanie zapieczonych kratek z piekarnika, albo blach albo garnka który " nieopatrznie" się przypalił. Mało kto wytrzymuje więcej niż dwa lata na tym stanowisku. Kobiety-może stanowią  0,1% porterów w Londku

W Middle Temple Hall, niedawno head porterem był pan,  irlandczyk Eddie który przepracował tu jakies 25 lat. Teraz ludzie z agencji uciekaja po jednym dniu...

Niestety najtwardsi są Brazylijczycy ktorzy zniknać nie chcą....nawet po dwóch tygdniach.I o takich magikach chce dzis napłakać, bom zapłakany. 

"Maj frjendo! no łoter"- z takim larum bieży do mnie signore Paolo-pomocnik z agencji.... Toteż pędzę do zmywaka coby sprawdzić przyczynę paniki i braku wody. Jeden rzut jednego oka wystarczy żeby wystosować diagnozę oraz sposób na wodę. Okazuje się że Paolo nie odkręcił kurków....

Dzień wcześniej jego brazylijski kompan nie potrafił obsługiwać mopa!!  Nie wiedzialem ze tak można. Zdarzają się napaleńcy którzy przez dwa tygodnie nie potrafia się nauczyć gdzie leży garnek i czym się różni jeden od drugiego.

czwartek, 22 listopada 2007
Prywatnie

To ja się staram zostać najlepszym kucharzem w europie a tu pod bokiem mam nielichą konkurencję! Ale... nie narzekam. Jakiś czas temu urządzaliśmy w domu mała imprezę. Moja Edyta wzięła na siebie ciężar zrobienia czegoś "coś na ząb". Oprócz fikuśnych kanapek na stole pojawiła się sałatka z kalafiora. I od razu stała się przebojem imprezy i tematem nr.1. Banalnie prosta, niebanalnie smaczna. Polecam

Kalafior (nierozgotowany!-musi być chrupiący, poza tym nie rozciamcia się przy mieszaniu składników)  + kurczaka pierś (Jak kto lubi. Smażona, duszona, gotowana. My mieliśmy pieczoną. Krojona w kostke)  + papryka (są 4 kolory więc można kombinować z doborem i sposobem krojenia) + majonez i śmietana (wymieszać. Proporcje według uznania) + koperek siekany (duuuużo) = niebo w gębie 

Sałatka jest gotowa do spożycia zaraz po wymieszaniu skladników i przyprawieniu.

Aha. Dzięki postawieniu tych Wściekłych Psów dorobiłem się w pracy nowej ksywy. "Doctor Vodka". Nieźle brzmi. To sie nazywa promocja Polski. Mam już pierwsze zamówienia na syrop. Szczególnie dumny jestem, że butelke syropu (bo polskiej wódki pare butelek już posiada) zamówił Andy- jego syn w piątek wraca ze służby w Iraku i postanowił pierworodnego powitać właśnie tymże napitkiem. Cheers!

 

sobota, 17 listopada 2007
roczek
Nie wiadomo kiedy i zupełnie z nienacka strzelił roczek w Temple. Zbiegło się to z bardzo zapracowanym piątkowym wieczorem, na szczęście obyło się bez niespodzianek i wypadków także udało mi się wypić rocznicowego szampana z załogą kuchni postawionego przez Iana- head chefa i uświetnić to kilkoma shootami "wściekłego psa" postawionymi przeze mnie. Chcecie zaimponować Angolowi i Szkotowi- dajcie mu w kieliszku sok wiśniowy, wódkę (polską rzecz oczywista) i 3 krople tabasco. Proste i genialne. Przede mną cięzki weekend. Następny wpis będzie o najlepszej sałatce jaką jadłem. Polecam czekać z niecierpliwościa na przepis.
 
1 , 2 , 3